RSS
środa, 17 czerwca 2009

cholera aż się zacięłam puszką. bo kukurydzę z niej wyjadam. tak. własną krwią przypłaciłam czytanie Twojej strony.
nie wiem ile pokoleń musi wymrzeć by ludzie zaczęli tu myśleć inaczej...nie wiem, bo widzę, że pokolenie mojego syna wynosi z domów kompleks małego polaczka...wypijają to z mlekiem matek, które psioczą na swych mężów, że do niczego się nie nadają...i z ust ojców dowiadują się, że nic dobrego z nich nie wyrośnie i że nigdy nie będzie im tak dobrze w życiu jak tym sukinsynom w drogich samochodach. nikt nie mówi tym dzieciom, że są zdolne, że wszystko, absolutnie wszystko mogą osiągnąć...moja sąsiadka uczyła języków w jednej z podstawówek...kobieta z misją...starała się uczyć po lekcjach dzieciaki z patologicznych rodzin, protestowała u dyrektorki szkoły, gdy dzieci nie mogły przychodzić do szkoły, bo matka im kazała złomu szukać w czasie lekcji...i jak myślisz? uczy jeszcze? oczywiście, że nie. zwolnili ją. za głupie pomysły.
są w tym kraju ludzie, którym zależy. są tacy, którzy próbują....ale to jest mur, którego nic nie ruszy. stanę na rzęsach, aby wysłać syna na studia za granicę.młody oswaja się z tą myślą...

a ja?

nie po to się kształciłam i nie po to dobry bóg czy ki diabeł dał mi talent. człowiek by zachować dumę musi mieć swoje miejsce na ziemi, swój kibel i być szanowanym przez innych.
jak dotąd najniżej upadłam na linoleum we własnej kuchni. i niżej nie zamierzam.
i dlatego rozumiem, że szlag Cię trafia. ja też jestem z pokolenia ludzi, którzy dorastali pod komunistycznymi skrzydłami wujka moskwy, by pewnego dnia obudzić się i zobaczyć, że skrzydeł nad głową już nieba----i widać wielkie, bezkresne niebo.
mi też nie było łatwo się odnaleźć. bo rodzice uczyli innego życia-wszak w innej rzeczywistości żyli...i życia w kraju, w którym jest niebo musiałam nauczyć się sama. i do głowy mi nie przyszło, że mogłabym usiąść i zapłakać nad swoim losem po czym nie robić nic i czekać-bo może skrzydła wrócą i będzie jak było.
już nigdy nie będzie jak było. i myślę, że cały pic polega na tym, by ludzi o tym właśnie przykonać---że skrzydła już nieba nie zasłonią i czas nauczyć się patrzeć w słońce.
ech...szkoda gadać.

13:18, alefstern
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 czerwca 2009

Dzisiaj mogę 

20 lat później o godzinie 20:20 siedzę w restauracji. Rozmawiam z bliską mi osobą. Piję piwo. Jem o dziwo chleb ze smalcem i ogórkami i nóżki na zimno. Wokół pełno ludzi. Cudzoziemców swobodnie rozmawiających. Galeria handlowa pełna ludzi. Uśmiechniętych ludzi. Szał zakupów.

I choć nie podoba mi się rozpasany konsumpcjonizm. To szczerze cieszę się, że żyję w takiej Polsce. Cieszę się, że przeszedłem przez wszelkie jasne i ciemne strony polityki. Cieszę się że życie mnie doświadczało. I mimo, że Polska wciąż nie jest taka jakby mogła być, to uparcie wierzę, że się zmienia na lepsze. Widzę to każdego dnia. To był czas różnych szans. Niektóre Polska wykorzystała, niektórych nie. Ja w swoim życiu czasem wykorzystałem te okazje, które się trafiały, a czasem nie. W każdym razie i ja i Polska spełniliśmy swój sen o wolności.

Żyjemy w wolnym kraju. O naszej drodze napisałem książkę. To największe marzenie mojego dzieciństwa i całego dorosłego życia. Napisałem ją tak jak chciałem. O tym, o czym chciałem. Znalazłem ludzi, którzy pomogli mi ją wydać. Którzy co dzień wspierają mnie w tym co robię.

Dzisiaj mogę napisać ten tekst.  Bez cenzury. W  niedzielę 7 mogę pójść głosować i wybierać. Mogę też zostać w domu. Mogę oddać nieważny głos. Mogę! Mogę  włączyć telefon zadzwonić do moich znajomych na całym świecie i powiedzieć im z dumą, że jestem Polakiem. Mogę kupić kolorowe ubranie. Mogę  zjeść to, na co mam ochotę. Mogę coraz częściej uśmiechać się do ludzi i o dziwo oni coraz częściej uśmiechają się do mnie. Mogę kupić bilet na samolot i polecieć gdzie chcę. Nie musze go porywać, by wyrwać się z PRL. Nie muszę oglądać telewizji. Mogę też wyłączyć telefon. Mogę przełączyć kanał. Mogę wybierać! Żyjemy w Polsce. W wolnej Polsce, która coraz lepiej radzi sobie ze swoim położeniem geopolitycznym, ze swoim borderline.

 

I przyznam, że  wciąż kocham się w Poli Lasce. I o tym też jest moja książka. O jej i moich 20 wspólnych latach.

 

Alef Stern

 

Chcesz wiedzieć więcej?

Zobacz:

www.polalaska.pl

www.alefstern.pl

05:03, alefstern
Link Komentarze (1) »

Miłość

W życiu prywatnym. Ożeniłem się. Rozwiodłem się. Piłem. Paliłem. Prostytuowałem się. Kłamałem. Oszukiwałem. Nie byłem sobą. Ideały spadły z piedestału. Upadłem. Kiedy już się wydawało, że nie mogę upaść bardziej, to jeszcze się trochę stoczyłem. A potem postanowiłem pokochać siebie. Takiego jakim jestem. I pokochać Polskę. Taką jak jest.

Bo zrozumiałem, że wciąż się zmieniamy na coraz lepsze. Ze wciąż się rozwijamy. Ja swoim własnym wysiłkiem. A Polska wysiłkiem nas wszystkich. Nawet tych którzy ten rozwój spowalniają. Dzięki temu, że widzimy patologię możemy starać się to zmieniać. Nie walczyć, a zmieniać właśnie.

I choć wciąż jesteśmy Pawiem i Papugą Narodów. To dzisiaj  Ten Paw ma powody do dumy i może pokazać swój ogon, a Ta Papuga, nauczyła się paru nowych języków i może latać poza klatką bloku wschodniego. Świat stoi przed nami otworem.

05:01, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Korporacja

Podczas studiów zacząłem swoje pierwsze poważne prace. Poważne, bo na prawdziwe umowy o pracę. Wcześniej jeszcze w liceum pilnowałem na egzaminach jako inwigilator – tak to się nazywało. Ładowałem skrzynki z butelkami na samochód. Sprzątałem ogrody. Myłem okna. Rozdawałem ulotki. Udzielałem korepetycji. Teraz pracowałem w poważnej firmie kosmetycznej jako stażysta, a potem asystent dyrektora. Co dzień obserwowałem jak się w wielkiej korporacji zarządza zespołem handlowym i w ogóle ludźmi. Co się dzieje w wyścigu szczurów. Co ludzie są w stanie zrobić, by wygrać. Następnie pracowałem dla wielkiego wydawnictwa. Reorganizacje, zwolnienia, wojna podjazdowa.

Cholera, czy tak ma wyglądać praca? Czy ja będę szczęśliwy cały czas walcząc z innym?. W polityce walka. W pracy walka. A i jeszcze walczyłem o miłość. No i wtedy poczułem, że chciałbym pomagać ludziom w ich pracy. Pomagać im w ich  rozwoju. W rozwoju  ich umiejętności.

Po studiach miałem dwa pomysły na ścieżkę swojej kariery: albo marketing, albo szkolenia i rekrutacje. Chciałem bazować na tym czego nauczyłem się podczas kampanii. Szczęśliwie moja ścieżka zawodowa tak się potoczyła, że od 8 lat pracuje w HR po stronie firm doradczych. Zdobywam kolejne i rozwijam już nabyte umiejętności. Kończę kursy. Poznaję narzędzia z zakresu zarządzania. Poznaję ludzi. Uczę się o nich i o sobie. Cały czas się rozwijam. Słucham ludzi. Coraz więcej we mnie pokory i spokoju. Bo z wojną skończyłem. Bo z polityką skończyłem. Bo o miłość też już nie walczę.

Myślę sobie czasem, jakby to było, gdyby nie było 4 czerwca 1989 roku? Czy życie w PRL, byłoby tak kolorowe? Czy mógłbym czerpać tyle radości ze swej pracy? Czy mógłbym rekrutować ludzi  i pomagać im w rozwoju bez współpracy z jakimiś służbami, które pewnie do mnie by zapukały, zainteresowane tym o czym z ludźmi rozmawiam. Zresztą czy rozmowy rekrutacyjne byłyby szczere tak, jak mogą być dzisiaj?

Nawet gdybym został w tamtych czasach politologiem i gdyby nic się nie zmieniło, to gdzie bym był dzisiaj? Czy w polityce? Czy na placówce dyplomatycznej? W gazecie podziemnej czy Trybunie Ludów? Na liście Wildsteina, czy innej liście współpracowników? A może siedziałbym internowany za solidarność? Może ktoś wybiłby mi zęby? A może miałbym czerwoną legitymacje partyjną? Ojcu na złość?

05:00, alefstern
Link Dodaj komentarz »

No i studia

Dostałem się na prawo, stosowane nauki społeczne i politologie. Wybrałem politologię. Szkołę polityków. Wszyscy jeszcze nieopierzeni. Żółtodzioby z ambicjami. Ja już w orbicie Unii Wolności, po wcześniejszym przeglądzie innych partii. Trafiłem na wielkich ludzi, prawdziwych mentorów, którzy na samym początku mówili mi o etosie, o zasadach. Bo za chwilę wpadłem w wir spraw tak szybkich i tak do końca nie przejrzystych, że... Mój Boże, a wokół koledzy, trockiści, komuniści i inni iści.

W 1998 roku zostałem radnym, odpowiadałem za kampanię wyborczą i moja kariera polityczna była na dobrej drodze. Szybko jednak stwierdziłem, że to co najbardziej mnie interesuje w tej całej polityce to robienie kampanii właśnie  i doradztwo. W tym kierunku się specjalizowałem. By jak najwięcej się nauczyć pracowałem i doradzałem wszystkim. Omu się tylko dało. To z lewa to z prawa. I w centrum też.

W 2001 roku wypisałem się z partii. Zacząłem pracę dla różnych ugrupowań. Bywało, że miałem pod opieką kandydatów z dwóch przeciwnych obozów politycznych. I sam się sobie nie dziwiłem. Skoro w stanach tak się robi, to naprawdę mi to też nie przeszkadzało. Liczyła się praktyka. Z jednej strony cieszyłem się, że mogę realizować swoje wizje, zarządzać ludźmi, podróżować po kraju. A z drugiej oglądałem z bliska kryzys przywództwa politycznego w Polsce.

Sam siebie pytałem. Gdzie się podziały te ideały, o których mówiło się 10 lat wcześniej? Gdzie się podziali, moi mentorzy? Dlaczego nikt nie słucha tych mądrych ludzi? Dlaczego do głosu dochodzi populizm? Dlaczego ja mam odpowiadać za to, w co ludzie wierzą. Dlaczego ja mam być trybem w machinie manipulacji politycznej.

Oderwanie się od tzw. Warszawki, jeżdżenie w teren, uzmysłowiło mi, że ludzie w Polsce żyją zupełnie inaczej niż w Warszawie. I to, że mam cholerne szczęście, że mieszkam w stolicy naszego kraju. Trochę podziałałem w samorządzie na wydziale.  Tu kolejne wartościowe doświadczenia. Udział w komisjach rekrutacyjnych na studiach z ramienia samorządu uczelnianego. Doświadczenia, które przydały mi się w mojej pracy zawodowej.

04:59, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Pierwsze liceum ogólnokształcące i pierwsze miłości

Nie było dla mnie niczym dziwnym, że trafiłem do klasy humanistycznej. Nas trzech i 37 dziewczyn. Jak mawiał mój wujek: „Po 12 na głowę i jedna na czaty” Pisałem wiersze, wiersze, wiersze. Wzdychałem do koleżanek. Wzdychałem. No i powoli zacząłem dojrzewać. Rosnąć. Na razie tylko w górę. Nawet jakiś wtedy pierwszy włos na brodzie mi wyrósł.

Przeglądam właśnie kartę lekarską, gdzie zapisana jest historia moich mierzeń, ważeń i szczepionek. To bardzo ciekawy dokument. Pokazuje jak się rośnie i jak na wadze przybiera. Dziś wystarczyłoby to do Excela wprowadzić i pokazać na wykresach jak się fizycznie zmieniałem. Ale wtedy o Excelu nawet mi się nie śniło. Nawet Worda wtedy nie miałem. Tylko edytor tekstowy Tag.

W liceum prowadziliśmy z koleżanką szkolną gazetkę. Dywanik u dyrektor i awantury z nauczycielami stały się rutyną. Niczego innego się nie spodziewaliśmy wydając kolejny numer. Pierwsze egzemplarze jeszcze pisane ręcznie i odbijane na xero. Czuliśmy się trochę jak nasi rodzice kolportując te wydawnictwa. Później coraz więcej tekstów składaliśmy w komputerze. Z kolegami z klasy kręciliśmy programy kabaretowe specjalnie  dla naszych koleżanek. No i Metra szał. Pierwszy polski musical. To było coś.

W wakacje próbowaliśmy z moim tatą handlować butami. Tata stał się przedsiębiorcą z przymusu. Jego zakład pracy zamknęli. Ale jak się okazało do sprzedawania butów nie mieliśmy ani serca, ani talentu Znów napisałem parę szkolnych akademii. Chciałem w przyszłości studiować medycynę. Moje pobyty w szpitalu zrobiły swoje. Faceci w drewniakach cieszyli się największym powodzeniem wśród pięknych pielęgniarek. Trzy lata przygotowań by stwierdzić, że tak naprawdę nie chcę być lekarzem, a reżyserem filmowym, albo pisarzem.

W trzeciej klasie liceum, ostatnie wczasy z rodzicami i naszym  pierwszym psem. Mój pierwszy raz, na plaży nad Bugiem. Mój brat też wtedy dał się rozprawiczyć. Zawsze łeb w łeb. Szliśmy. A ja pisałem dalej w swoich zeszytach. Powstała seria moich słynnych opowiadań zatytułowanych „Pisanki”. Słynnych w gronie moich przyjaciół, ale to mi wystarczało. W 1994 roku postanowiłem wystartować w wyborach, mówiąc do mojej najlepszej przyjaciółki: „Wiesz, za 4 lata zostanę radnym!” Do dziś przypomina mi  te słowa, podkreślając, że zawsze to co sobie zaplanowałem osiągałem.

To był jakiś impuls i nie miałem pojęcia jak to się stało. Do szkoły akurat przyjechał Minister Obrony Narodowej, na spotkanie z młodzieżą. Ja miałem wtedy opinie zdolnego lenia, który niczym nie zaskakuje, tylko sobie bumeluje. Uczyłem się dla siebie, a nie dla nauczycieli. Nie należałem ani do kujonów, ani jakiś specjalnych leserów. Wtedy przy całej szkole zadałem 3 pytania, na które Pan minister nie umiał odpowiedzieć. I choć odpowiadał wymijająco, to i tak go przyszpiliłem zaskakując znajomością tematu, że pół szkoły rozdziawiło buzie. Nikt nie wiedział, że na bieżąco robie pełen przegląd prasy. Mam to po dziadku: „Co tam panie w polityce.”

 Zdobyłem popularność w szkole. A nasza profesor od historii zaproponowała mi udział w projekcie pracy nad senacką ustawą. Oczywiście pracowaliśmy nad projektem młodzieżowym. Ale prawdziwa debata odbyła się w senacie RP. Najpierw pracowaliśmy nad ustawą ekologiczną. Rok później nad legalizacją miękkich narkotyków. Zabawne, nawet nie widziałem wtedy narkotyków na oczy. Ale za legalizacją byliśmy wszyscy i 1 czerwca otwierałem obrady Senatu RP młodzieży jako marszałek. Migawka poszła w mediach. Ustawę przegłosowaliśmy. A ja już wiedziałem, że będę politykiem. Po prostu przewróciło mi się w głowie, od zachwytów sąsiadów, znajomych i koleżanek. Czułem, że mogę zmienić świat.

04:58, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Kolejne próby pisarskie

 Pod koniec szkoły podstawowej trafiłem znów do szpitala. Przechodziłem serie badań. By radzić sobie z bólem, smutkiem, samotnością zacząłem pisać. Drobne humoreski. Krótkie opowiadania. Jakieś  wiersze.  Jakieś kabaretowe skecze. Jakieś piosenki. Pierwszy zapisany wtedy zeszyt zaginął później w toku przeprowadzek. Ale wtedy znów wiedziałem, że chcę pisać.  

W wakacje pełni optymizmu, całą rodziną, nowo zakupionym 12 letnim Wartburgiem, pojechaliśmy z rodzicami na wczasy w Bieszczady. Tam kupiliśmy naszego pierwszego Psa. Był przez lata naszym przyjacielem, nazwaliśmy go Ami. A dla mnie i mojego brata był jak młodszy brat. Pisze o nim bo naprawdę czuję, że powinienem o nim wspomnieć, bo był z nami w trudnych i dobrych chwilach i cieszył się tak radośnie na nasz widok. I dał nam wszystkim dużo miłości.

04:57, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Mój wkład własny w obalenie ustroju

Był żaden. Z ojcem jeździliśmy po przychodniach lekarskich, aptekach i rozwoziliśmy ulotki. Rzucaliśmy je w pociągach. W toaletach.  W poczekalniach. Wieczorami tata zabierał mnie i brata na klejenie plakatów. Stawaliśmy na tak zwanych czatach. Czuliśmy się tak jak nasza babcia, w słynnych rodzinnych opowieściach,  kiedy zaraz po wojnie do napisu „3 razy tak” dopisała: „to zdrajców znak”.  Byłem dumny, kiedy raz, jedyny raz, tata pozwolił mi posmarować drzwi na stacji transformującej prąd przed naszymi oknami i nakleić plakat. Mogłem obserwować go z dumą z okna przez wiele dni.

We wrześniu 1988 roku zostałem wybrany przewodniczącym klasy. Podobno dla żartu. Ale pełniłem tą funkcje przez rok do wyborów 4 czerwca 1989 roku. Cała rodzina świętowała ten czas, jakby co najmniej siostra nam się urodziła. Czerwiec to urodziny mojej mamy i  jej siostry. Piękny czas na świętowanie niepodległości. Słońce, truskawki, torty, świeże kwiaty. Uśmiechy. Radość. Czerwiec.

Nieoczekiwanie dla siebie wpadłem w wir kampanii wyborczych. Nawet nie wiedziałam, że tak to się nazywa. Miałem 13 lat niespełna i poszedłem na spotkanie wyborcze ze Stanem Tymińskim i pojechałem na wiec do Warszawy z Lechem Wałęsą. W domu nie mieliśmy wątpliwości kogo popierać. Kiedy Wałęsa wygrał, skakaliśmy ze szczęścia i piliśmy szampana. Ja po raz pierwszy. Od tego czasu narodziło się moje hobby – ulotki wyborcze. Zbierałem je nałogowo przy każdych wyborach.

04:56, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Pamiętam upadek...

Katastrofę w lesie kabackim. Wielką tragedię ludzi. Blokadę informacji. Ostatnie tak wielkie kłamstwo telewizji i władzy PRL. W katastrofie zginął znajomy mojego taty. Pamiętam, że ryczałem cały dzień i noc wtulając głowę w kołdrę.  Potem za każdym razem kiedy leciał samolot martwiłem się. Czy oby nie spadnie?

Przełomowy był Sylwester 1988 i słowa mojego ojca: „Cztery koła synu! - Wreszcie ten cały burdel odjedzie!!!” Debatę Wałęsa Miodowicz – oglądałem z  wypiekami na twarzy. Uszy, policzki i czoło tak mi się rozpaliły od oglądania, że mama dała mi aspirynę i kazała iść spać.

W szkole największym bohaterem był mój starszy sąsiad. Chodził w swetrze z wpiętym opornikiem, Matką Boską, plakietką Solidarność. No i z gazetą Solidarność w ręku.  Chyba był to tygodnik Mazowsze. Obraz mi się trochę zaciera. Pamiętam, że zawsze mieliśmy go za lamusa. Takiego ciapę. A tu taki bohaterski czyn. Nawet nauczyciele odnosili się do niego z szacunkiem. Paradował tak po korytarzu na każdej przerwie.

04:55, alefstern
Link Dodaj komentarz »

Informatyzacja

W szkole dzieliliśmy się na tych, co mają rodziców za granicą. Co mają  rodziców w partii lub w solidarności. Rodziców na stanowiskach i na masę szarą. Byłem szarą masą. Ale miałem własny pokój, własne książki i rodziców, którzy mieli dla mnie czas. Byłem dumnym posiadaczem liczydła po mamie, kalkulatora podłączanego do prądu oraz zegarka elektronicznego z 7 melodyjkami.

Pod koniec lat 80 zafascynowały nas z bratem komputery. Fascynowały nas już tak naprawdę wcześniej, ale rodziców nie było stać na taki wydatek. Rodzice odkładali pieniądze 2 lata. Mama szyła nocami by więcej zarobić. No i kupili nam w końcu wymarzony commodore 64. Oszaleliśmy na jego punkcie. Pisaliśmy programy. Cięliśmy w gry. Bawiliśmy się grafiką. Tworzyliśmy demosy z muzyką i grafiką. Potem pierwszy IBM składak. Zabawne bo dziś jestem posiadaczem chyba już 15  komórki, która ma większą pamięć i możliwości niż 10 poczciwych commodoraków. Mam też  komputer stacjonarny i dwa laptopy. Korzystam z bezprzewodowego Internetu. Wtedy tylko o tym mówiłem, a babcia śmiała się ze mnie i z moich futurologicznych zapewnień.

Oprócz komputerów, dużo czytaliśmy. Wciąż nasze umysły chłonęły i chłonęły wiedzę. Na koniec podstawówki wziąłem udział w kilku olimpiadach z historii, biologii, WOS`u,  i języka polskiego. Mówiono mi, że powinienem być pisarzem, dziennikarzem lub telewizyjnym spikerem. Na zakończenie ósmych klas napisałem scenariusz akademii. Prowadziłem ją z  telewizora wyciętego w wielkim styropianie. Drugi raz przebrałem się wtedy za kobietę. Odegrałem z ogromnym aplauzem całej szkoły Genowefę Pigwę. Ciekawe, kto ją jeszcze pamięta? Kochałem wtedy telewizję. Od lat nałogowo oglądałem konferencje prasowe Urbana i Dziennik Telewizyjny. W między czasie nastąpił przełom, coś we mnie pękło.

04:54, alefstern
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
ALEFSTERN
POLA LASKA